24.12.09

nie potrafię żyć w ciszy


Oh momma!
(psssyt-nowojorczycy chodzą na surfing, a suwalczanie na worki ;D)




no i prawdziwa zimowa miazga, przecierałam oczy ze zdumienia. emocje podobne, jak przy pierwszym Turn on the bright lights. także ciary na plecach i 'o kurwa' mruczane pod nosem wg mnie w pełni uzasadnione:
wesołych!

10.12.09

o ironio losu

ironia losu - kiedy absurd ze srebrnego ekranu przenosi się do realnego życia i zmienia konwencję z komediowej na tragiczną.

pozdrawiam, jako studentka Kierunku Widmo.

9.12.09

kochamy absurdy

na ekranie i w życiu.

Dzikość serca


Jak we śnie


Duża ryba




Polecam dla wszystkich absurdalnie zakochanych w absurdzie.

7.12.09

ay mama-znów te banały

szaro-bury wieczór, zimno, nudno, no i poniedziałek. można zamknąć się w otchłani swojej czaszki i pogłębiać wycieczkę po dżdżystych zakamarkach naszego światka.
można-ale wystarczy jeden moment, jedno spełnione przez radio życzenie, jeden pyszny kubek, jeden prymitywno-śmieszny żart, a wszystko wydaje lub staje się zupełnie inne.

bywa, że żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach: jednej przyziemnej, tu i teraz, zrób to i tamto, powinieneś tak i tak. drugiej-odrealnionej jak chodzenie po chmurach. snucie tysiąca planów, spełnianie dawno powstałych i kiedyś niemożliwych do zrealizowania zachcianek, upajanie się życiem. balansując na krawędzi czujemy się szczęśliwi.
tylko czasem trudno to rozpoznać, ale od czego jest kuchenny stół wieczorową porą?
w końcu być cesarzową sułtana można być na wiele sposobów. ;)

5.11.09

jadąc 136

Pewnej niedzieli, a znali się już dwa lata, gdy zjawił się u niej, ona, zamiast go rozebrać, zdjęła mu jedynie okulary, by nie przeszkadzały jej w pocałunku i wówczas Florentino Ariza zrozumiał, że zaczęła go kochać. Mimo że od pierwszego dnia czuł się swojsko w tym domu, który zdążył pokochać równie mocno jak swoje własne mieszkanie, za każdym razem nie przebywał w nim dłużej niż dwie godziny, nigdy tam nie nocował i tylko raz był na obiedzie, bo go oficjalnie zaprosiła. Przychodził tam naprawdę tylko po to, po co przychodził, zawsze z tym samym i niezmiennym prezentem - jedną różą, by następnie zniknąć do kolejnej nieprzewidzianej okazji. Lecz w ową niedzielę, kiedy zdjęła mu okulary, aby go pocałować, po części właśnie z tego powodu, po części zaś dlatego, że zasnęli po spokojnej miłości, przeleżeli całe popołudnie w ogromnym łożu kapitana. Gdy Florentino Ariza ocknął się z drzemki, w jego pamięci rozbrzmiewały jeszcze wrzaski kakadu, których przenikliwy metaliczny dźwięk nie licował zupełnie z jej urodą. Upał po czwartej był całkowicie przezroczysty, a przez okno sypialni widoczny był zarys starego miasta z popołudniowym słońcem za plecami, złocone kopuły i morze rozpłomienione aż po Jamajkę. Ausencia Santander wyciągnęła żądną przygód dłoń, szukając po omacku odpoczywającego zwierzęcia, ale Florentino Ariza odsunął jej rękę. Powiedział: „Teraz nie: dziwnie się czuję, jakby ktoś nas podglądał”. Znów spłoszyła kakadu swym szczęśliwym śmiechem. Powiedziała: „Takiej wymówki nie jest w stanie przełknąć nawet żona Jonasza”. Tym bardziej ona, rzecz jasna, niemniej uznała ją za dowcipną, a potem przez jakiś czas leżeli w milczeniu, nadal w sobie rozkochani, ale nie oddając się już miłosnym rozkoszom. O piątej, gdy słońce jeszcze było wysoko, wyskoczyła z łóżka, naga aż po wieczność, z organdynową kokardą we włosach i ruszyła do kuchni, by poszukać czegoś do picia. Nie przestąpiwszy nawet progu sypialni, nagle wydała z siebie okrzyk przerażenia. Nie wierzyła własnym oczom. Jedynymi przedmiotami, jakie ostały się w domu, były wiszące lampy. Cała reszta, stylowe meble, indiańskie dywany, posążki i gobeliny, niezliczona ilość bibelotów ze szlachetnych metali i kamieni, wszystko, co złożyło się na to, iż uczyniła swoje mieszkanie jednym z najprzyjemniejszych i najlepiej wyposażonych domów w mieście, wszystko, łącznie ze świętą kakadu, wszystko wyparowało. Wyniesiono cały dobytek przez taras od strony morza, nie zakłócając ich miłości. Zostały tylko puste pokoje z otwartymi na oścież oknami i napis wymalowany dużym pędzlem na przeciwległej ścianie: „Nie trzeba się było tak ruchać”.



G. G. Marquez, "Miłość w czasach zarazy"